Wakacje ekstremalnie zwyczajne

Zdarzają się w życiu każdego człowieka takie momenty kiedy nie ma już siły. Na nic i na wszystko też sił brak. Przygniotła mnie wielka skała zwana pracą i obowiązkiem. Od tego wszystkiego łupało mnie w krzyżu i czas płynął tak bardzo szybko, że nie nadążałam ze wszystkim co sobie zaplanowałam.

W lipcu postawiłam totalnie na siebie. Pełen luz i relaks. Wsłuchiwałam się w swoje wewnętrzne dziecko. Znalazłam czas na analizę swoich potrzeb i na chwilę zatrzymałam się by podumać i pomyśleć o sobie. Aura była sprzyjająca bo codziennie o poranku pracowałam w ośrodku wczasowym położonym w środku lasu. Słuchałam ćwierkających ptaszków a z dziećmi wycinałam girlandy z papieru w kształcie serca. Cukierkowo? Tak było. Od tej słodyczy przybyło mi 2 cm w pasie. Coś za coś. Albo spokój ducha albo latanina z jednej pracy do drugiej, która zastępowała mi poranny fitnes.

Ten miesiąc upłynął mi na totalnym chillu. Były nawet momenty, że czas stawał w miejscu. Wtedy był leżing i plażing oraz długie godziny wymyślania sobie innych fascynujących zadań na następny miesiąc. Jakiś plan głupot muszę mieć inaczej odpoczywanie nie miało by najmniejszego sensu. Od tego prawie nic nie robienia dopadła mnie totalna niemoc twórcza. Nie byłam w stanie się zmobilizować ani do pracy w ceramice, ani w radiu, nawet na rower nie chciało mi się wyjść, nie mówiąc już o napisaniu zaległych artykułów czy przeprowadzeniu nowych wywiadów. Nastąpiła totalna blokada i nie chciała puścić.

Kiedyś dużo pisałam. Pamiętników w skrzynce na skarby mam kilkanaście, wierszy spisanych dziesiątki stron. Ostatnio pisałam je 15 lat temu. Przestałam. I dobrze bo jak teraz je czytam to w życiu bym się do nich nie przyznała. Można powiedzieć że od tamtego czasu „dorosłam” i nie śmiej się wiesz o czym mówię. 😉

Pisanie zawsze przychodziło mi łatwo. Pojawiały mi się w głowie wyrazy nacechowane jakimś uczuciem i je zapisywałam. Nagle powstawał z tego jakiś twór zwany wierszem. I tak w lipcu zaczęłam pisać znowu. Wchodzę wtedy w taki tryb medytacyjny. Różne słowa wpadają w odpowiedni rytm, pulsują w skroni i wędrują po koniuszki palców bym mogła je zapisać. I to był mój ukochany leniwy miesiąc, który pozwolił mi na zapisanie kilkunastu stron odsłaniających moją ciemną stronę mocy. Najcudowniejsze jest to, że ktoś to w ogóle czyta. Nie zbieram pod tego typu postami niezliczonej liczby lajków, bo jak to powiedział mój znajomy: „Poezja nie jest do lajkowania”. A czyta skubany, bo jak pytałam na wyrywki to nawet się nie zająknął. Recytował na stojąco ze łzami w oczach. 😛

Miesiąc ósmy zapowiadał się ciekawie jak wróżba z chińskiego ciasteczka. Praca coraz bardziej mi doskwierała. Byłam zwyczajnie zmęczona. Niemoc twórcza minęła. Pojawiły się nowe pomysły na podbój lądów i oceanów. W głowie huczały mi słowa, które wyskakiwały z niej jak wiersze po deszczu, a w tle klarował się plan na realizację mojej własnej audycji radiowej. Myślałam już o tym od dłuższego czasu, ale teraz postawiłam zakomunikować to światu. Jako kobieta będę tworzyć program o kobietach, bo świat należy do kobiet i rządzimy w nim czy się to komuś podoba czy nie.

Znam wiele fascynujących dziewczyn, które swoją postawą sprawiają, że człowiekowi chce się wstać i iść do przodu. Dzięki takim osobom, człowiek wierzy, że można coś zmienić w sobie i w swoim otoczeniu i że przede wszystkim warto. Pomyślałam, że to ma być taki program, po odsłuchaniu którego, wszystkie kobiety zrzucą gorsety, albo inne obciskające krępujące ruchy majty, wyjdą na ulicę i będą zmieniać świat. Audycja ma czarującą nazwę, którą wymyśliła inna kobieta – Lejdi Gada czyli kobiety przy mikrofonie. Wkrótce ta niezwykła dziewczyna, która pięknie opakowała moją wizję w chwytliwą nazwę będzie gościem mojego programu. Specjalista od wymyślania nazw trudnych aczkolwiek błyskotliwych. Stąd na podbój kosmosu to już niedaleko. 😉 Zanim jednak trafię do gwiazd, to trochę pobuszuję na własnym podwórku i będę o tym opowiadać w każdą środę po 18:00. Będziemy zmieniać świat, łamać schematy i zaginać czasoprzestrzeń.

I tak oto wakacje upłynęły mi ekstremalnie zwyczajnie. Po za kilkoma dziwactwami i  jednym małym „skokiem w bok” na bungee, ale to już zupełnie inna historia. Teraz przyszła jesień i trochę pozamiata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *