Nie tylko łobuzy malują po ścianach

Człowiek idzie na studia i nie wie co będzie po nich robił. Najgorsze jest, że kończąc je też tego nie wie. Miałam plany, wielkie marzenia, ambicje, ale gdzieś po drodze spotkało mnie życie, a z nim to tak z dnia na dzień. I u mnie tak już jest, że z dnia na dzień trafiają mi do głowy różne niedorzeczności. Spotykam je czasem na swojej drodze i wiem, że to jest to.

Po moim kierunku artystycznym oprócz pracy dyplomowej rzeźbiarskiej każdy z nas pisał pracę z dziedziny historii sztuki. Trafiłam na naprawdę otwartego promotora, który mi powiedział: „Pisz o czym chcesz, ważne by z serca, a reszta jakoś już pójdzie”. Wybór nie był łatwy, bo generalnie mnie wszystko interesuje i weź się tu człowieku zdecyduj. Któregoś razu zobaczyłam kilku chłopaków malujących po murach. To były gigantyczne fantastyczne malowidła. Zaparło mi dech. I wtedy wiedziałam, ze będę pisać o graffiti. To takie zbuntowane i świeże, takie obce i kompletnie dla mnie nieznane, czyli kolejny kosmos do przemierzenia i zbadania. Mogłam wziąć sobie coś łatwiejszego, oczywiście, że tak, ale po co. Jak coś jest za łatwe, to dokładam sobie zaraz kilka dodatkowych zajęć by sobie życie utrudniać, a tak utrudniłam je sobie raz a dobrze.

Przewertowałam tony materiałów prasowych z tej dziedziny i kilkanaście książek, oglądałam filmy. Zaczepiałam grafficiarzy na ulicy, zadawałam im pytania jak jakiś policyjny szpieg. Niektórym się to podobało innym już mniej.

Praca nad magisterką przebiegała w sposób klasyczny i uporządkowany. Pewne rzeczy trzeba było zrobić inne można było sobie darować, ale i tak to zrobiłam. Obroniłam i zaliczyłam na 5. W szkole takie oceny były u mnie rzadkością więc tym bardziej lubię się tym chwalić. Promotor i recenzent poklepali mnie po ramieniu i powiedzieli „ Zrób z tym coś, to kawał dobrej roboty”.

Minęły 3 lata, a w głowie dojrzewał pomysł by wydać to w formie książki. Tak niewiele było zwartych opracowań z tej dziedziny, że postanowiłam wszystkich uszczęśliwić swoim pomysłem. Mało tego dostałam na to pieniądze z Urzędu Miasta w ramach Stypendium Artystycznego od Prezydenta Olsztyna. Sama byłam wydawcą, znalazłam ludzi, którzy pomogli mi to opracować od strony projektowo-graficznej. Do mnie należał tekst i wartość merytoryczna, którą trochę przerobiłam na mniej naukową, a przez to łatwiej strawną. Ogarniałam wyceny i kontakt z drukarnią. Postarałam się o numer ISBN. Wyrobiłam się na styk. Co do dnia. Nic tak nie daje kopa jak deadline, a mając w domu 1,5 roczne dziecko to co zrobiłam było naprawdę ogromnym wyczynem. Mała mnie inspirowała i napędzała. Pisałam gdy spała, gdy byłyśmy na spacerze, robiłam zdjęcia. Jak był czas na zabawę to była zabawa jak był czas na pracę to była praca.

Promocją zajął się Miejski Ośrodek Kultury w Olsztynie. I tak się zaczęło: prasa, radio, telewizja. Gdy nadszedł czas ostatecznej premiery, nie czułam obaw, ani stresu, a powinnam bo hejt, który na mnie spłynął, był bolesny i chyba trochę mnie przytłoczył. Na spotkanie przyszły tłumy w większości niezadowolonych i sfrustrowanych dzieciaków. Rozmowa, którą prowadziła ze mną wówczas Małgosia Sadowska była bardzo merytoryczna i przebiegała dosyć gładko. W tym czasie moja córka ucięła sobie godzinną drzemkę w pokoju na zapleczu. Zawsze wiedziałyśmy jak się dogadać w pewnych ważnych dla nas kwestiach. Po wersji oficjalnej przyszedł czas na pytania od publiczności, które zamieniły się w serię oskarżeń i bolesnych przytyków o to, że za mało zdjęć, że nie wszyscy są w albumie. A no nie wszyscy byli w albumie, bo nie każdy był skłonny do współpracy. Jak pisałam tą książkę, to pukali się w głowę, ze po co mi to i na co, a potem mieli pretensje, chyba sami do siebie, ale i tak to mi się dostało. Generalnie byłam zadowolona, zrealizowałam coś co dla mnie było ważne i dla sporej części to też było ważne. Niektórzy składali mi gratulacje, inni odwracali się na pięcie i wychodzili z fochem, ku mojej satysfakcji i tak kupili moją książkę. Wtedy jednak już wiedziałam, że nie napiszę więcej o graffiti. To zamknięte środowisko, nie będę się pchać na siłę.

Po trzech latach spotkałam jednego z bardziej przyjaznych dla mnie osób. Akurat malował kawałek ściany na ul. Synów Pułku. Ucięliśmy sobie krótką rozmowę i powiedział coś co naprawdę dodało mi skrzydeł: „Jesteś jak kropla drążąca skałę” Okazało się bowiem, że lawinowo ruszyły podobne publikacje w innych miastach. Uznano, ze skoro jakaś tam laska nie związana ze środowiskiem może sobie wydać album to oni też mogą.

Tak więc pewne rzeczy ciągną się za mną do dzisiaj. Czasami jeszcze ktoś pyta czy mam album, bo to nadal gratka dla kolekcjonerów tematu. W tym roku przytrafił mi się Olsztyn Street Art Garden. To duża impreza promująca sztukę w przestrzeni miejskiej, której w tej edycji jestem współorganizatorem i jurorem. To dla mnie ogromne wyróżnienie. Aż łezka się w oku kręci. Skierowano też do mnie kilka zapytań o możliwość wydania kolejnej książki o olsztyńskim graffiti. W przyszłym roku stuknie 10 lat i są prośby o kolejną publikację. Nie mówię nie, ale tym razem nie będę słuchać czy się coś komuś podoba czy nie. Ja maluje mój świat po swojemu.

W linku poniżej więcej na temat Olsztyn Street Art Garden. O całej imprezie rozmawiam z Andrzejem Sadowskim, który jest ojcem założycielem całego przedsięwzięcia.

www.uwmfm.pl/news

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *